Montessori bez różowej wieży?

Montessori bez różowej wieży?

Metoda Montessori stała się w ostatnich latach tak modna, że wielu rodziców zetknęło się przynajmniej z samą nazwą. Nie jest to jednak nowość w pedagogice, ponieważ pomysłodawczyni tej niezwykle innowacyjnej, jak na tamte czasy metody, urodziła się 150 lat temu.

Głównym założeniem pedagogiki Montessori jest wspieranie dziecka w jego rozwoju. Kluczową wartością jest szacunek. Najważniejszym narzędziem nauczyciela obserwacja, która pozwala poznać fazy sensytywne (to, co dziecko najbardziej w danym okresie interesuje) i dostosować swoje działania do potrzeb dziecka. Charakterystyczne jest także przysposobienie otoczenia do możliwości dziecka. Dzisiaj małe stoliczki czy niskie umywalki w przedszkolach nikogo nie dziwią – 150 lat temu była to zupełna nowość. To, co wyróżnia pomoce Montessori to prostota i naturalne materiały.

Wokół pedagogiki Montessori narosło sporo mitów, co powoduje, że metoda ta ma swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Z jednej strony przedszkola prowadzone zgodnie z założeniami włoskiej lekarki przechodzą prawdziwy renesans, a z drugiej strony rynek zalewają zabawki, które z metodą Montessori mają niewiele wspólnego.

Założenia pedagogiki Montessori nie były aktualizowane, świat wykonał w tym czasie niewyobrażalnie wielki krok do przodu. Rodzi się więc wątpliwość czy ta metoda sprawdzi się w dzisiejszych czasach, tak bardzo różnych od czasów Marii Montessori? Czy sama Montessori gdyby żyła dziś, zmieniłaby coś w swojej metodzie?

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z pedagogiką Montessori „na żywo”, byłam zdumiona, że dzieci są zainteresowane. Dzieci, które żyją w świecie grających plastikowych zabawek, bajek, gier i tabletów, ze skupieniem podają sobie z ręki do ręki drewniane klocki, porównując ich wagę, wielkość, fakturę. Okazuje się, że chcą samodzielnie nakrywać do stolików, zamiatać podłogę, zapinać guziki, sadzić rośliny. Tylko trzeba dać im taką możliwość. Kiedy da się im szansę rozwoju we własnym tempie, okazuje się, że pięciolatki mogą (i chcą!) posługiwać się liczbami w setkach i tysiącach. Nie muszą czekać aż pójdą do szkoły. Znają nazwy planet i wiedzą jakie są warstwy lasu. Dlatego, że kiedy były tym zainteresowane, nikt nie powiedział, że tego nie ma w programie nauczania przedszkola. Można powiedzieć, że empirycznie doświadczyłam zalet stosowania pedagogiki Montessori w przedszkolu. Kiedy chciałam przenieść tą rzeczywistość do domu okazało się, że to nie jest takie proste.

W pedagogice Montessori dużą rolę odgrywają pomoce dydaktyczne. Dokładnie opisane, stworzone według specjalnych wytycznych, co za tym idzie, bardzo drogie. Używanie tych pomocy jest na tyle skomplikowane, że aby ich właściwie z nich korzystać, najlepiej skończyć odpowiedni kurs.

Absolutnie podziwiam rodziców, którzy prowadzą edukację domową tą metodą. Ich zaangażowanie, determinację i pomysłowość. Ale nie każdy ma taką możliwość, nie każdy ma takie predyspozycje. Co więcej moim zdaniem metoda Montessori, mimo jej niewątpliwych zalet, nie jest dla każdego dziecka, ani dla każdego rodzica.

Podobnie zresztą jak każda metoda. Często to, co nam się podoba u innych, niekoniecznie sprawdzi się u nas. Zachwyca nas noszenie w chuście, ale może się okazać, że w praktyce się męczymy. Mamy pełen wachlarz metod, które są wartościowe i znając siebie, swoje dzieci powinniśmy wybierać to, co jest dobre dla nas. To w czym my i nasze dzieci czujemy się dobrze. Być może ktoś przeczytał mądry artykuł o metodzie Montessori
i postanowił wyrzucić wszystkie zabawki, kupił różową wieżę, zaczął poświęcać wieczory na robienie własnych pomocy (bo wiele pomocy rodzic czy nauczyciel musi wykonywać samodzielnie). I być może okazało się, że dziecko woli klocki lego, a droga, różowa wieża tylko zbiera kurz.

Maria Montessori zachęcała do „podążania za dzieckiem”, ja bym dodała jeszcze „podążanie za sobą”. Badanie tego co będzie służyło moim dzieciom, mi i całej rodzinie. Niekoniecznie podążanie za modą. Dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebują przede wszystkim miłości i szczęśliwych rodziców. Metody są dobre i wartościowe, mogą być pomocne, ale nie stanowią o tym czy jesteśmy dobrymi rodzicami. Nie muszę zapewniać dziecku „lepszego startu” ucząc je chińskiego od 2 roku życia. To o co muszę zadbać to o relacje, uczyć o emocjach, jak sobie z nimi radzić. Wszystko inne naprawdę przyjdzie z czasem. Nie musimy się z nikim ścigać.

Mimo, że metoda Montessori, jak pisałam, nie jest dla każdego, są moim zdaniem w niej pewne uniwersalne i cenne wartości, które warto wprowadzać w życie. Stąd pytanie w tytule: czy muszę mieć różową wieżę, żeby realizować metodę Montessori? Będę starała się przekonywać, że nie. Że elementy Montessori można wprowadzać przy okazji i nie musi to być ani czasochłonne ani skomplikowane.

W najbliższym czasie pojawi się kilka krótkich wisów i pomysłów, jak realizować Montessori „po prostu” a Wy zadecydujecie czy to dla Was 🙂

Instagram